Bez słów, bo co tu więcej mówić. Zwłaszcza gdy nie umie się do rymu ;-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barbie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barbie. Pokaż wszystkie posty
sobota, 16 maja 2015
sobota, 9 maja 2015
Tydzień temu
...2 maja wybraliśmy się na wycieczkę. Teoretycznie bez większych planów - ot, zwiedzić okolice, nieważne jakie, byle w drodze powrotnej zajechać... na pizzę do Ornety. Bo w Ornecie, w niewielkim lokaliku, któremu bliżej do budki niż do chociażby małego baru, robią dobrą pizzę, gdybyście byli w okolicy - polecam :-)
Jechaliśmy sobie i robiliśmy zdjęcia.
Najpierw zagadka - co to za miasto?
Nie jestem pewna, czy przewiduję jakieś nagrody ;-)
W podróży interesowało mnie głównie niebo.
I to w Morągu...
A potem była niedziela i - wreszcie - pojechałam na targowisko, targ, giełdę, flumark, co kto woli :-) Zbierałam się od wielu miesięcy. Pojechałam oczywiście z nadzieją, że coś uda się przygarnąć... I udało się. Młode dostało akordeon. A ja dwie sierotki...
O których może innym razem :-)
Jechaliśmy sobie i robiliśmy zdjęcia.
Najpierw zagadka - co to za miasto?
Nie jestem pewna, czy przewiduję jakieś nagrody ;-)
W podróży interesowało mnie głównie niebo.
I to w Morągu...
Przed pałacem Dohnów na drzewie siedział ptasior. Musieliśmy stanąć gdzieś blisko jego gniazda, bo trzymał w dziobie pióro i udawał, że nic_tu_nie_ma_ciekawego :-)
I to w Jantarze... (taaak, jechaliśmy bez planu, przed siebie...)
I to w Stegnie. Do której wpadliśmy przy okazji, żeby zobaczyć kościół wewnątrz. Ale nie udało się, bo trafiliśmy akurat 5 minut po rozpoczęciu mszy, więc głupio było wchodzić robić zdjęcia.
Będzie okazja żeby pojechać tam raz jeszcze ;-)
Będzie okazja żeby pojechać tam raz jeszcze ;-)
Skoro już byliśmy na plaży, była okazja żeby wyciągnąć z torebki jeszcze jedną pasażerkę.
Byłabym wdzięczna za pomoc w identyfikacji, tym bardziej, że mam chyba też blondynkę z tej serii. Panna miała kiedyś grzywkę oraz skrzydła, po których zostały jej dwie dziury w plecach.
Tak mam jakoś ostatnio, że podobają mi się wszystkie ciemnoskóre lalki. Na niektóre mnie na szczęście nie stać...
Ogólnie pogoda była... różna. Piękne niebo, słońce dające nadzieję, że może być ciepło, a przy tym zimny wiatr.
Chociaż oczywiście niektórzy się opalali.
O których może innym razem :-)
niedziela, 26 kwietnia 2015
Kennedy, córka Kena
Nie, to nie będzie saga. Chciałabym, pewnie, ale znam siebie, swoje możliwości i swoje lenistwo - nie da się.
Zresztą nawet nie wiem, czy dzisiejsza bohaterka to na pewno Kennedy, a nie Barbie. Założyłam, że jednak Kennedy, a imię ma na pewno po ojcu. Ja rozumiem, że Ken i Barbie wiecznie młodzi, ale kiedyś przecież musieli mieć jakieś potomstwo!
Niezbadane są wyroki dziecięcych rąk i zębów. Lalkę wyciągnęłam z pomiędzy stosu pluszowych misiów, w spodniach należących z pewnością do którejś z My Scene, z włosami w niemal idealnym stanie i w kolczykach, a jak wiadomo biżuteria to rzecz niemal niespotykana w przypadku lalek z SH. Rzadsze są chyba tylko buty. Ale za to ma pogryzione dłonie, w lewej brakuje dwóch palców. Mimo wszystko cud-miód, żadnej łysiny, żadnych kołtunów, plam i makijażu dzierganego długopisem.
I oczywiście powalająca uroda :-)
Kennedy jest romantyczką i do twarzy jej w kwiatach.
Jednak czasami zajmują ją sprawy całkiem przyziemne.
Jak widać na ilustracjach, wiosna na Warmii nabiera śmiałości. A jutro zakwitną śliwy :-)
---
P.s. Trwają poszukiwania zaginionej bliźniaczki... W okolicy słychać tępy dźwięk walenia się w głowę.
Zresztą nawet nie wiem, czy dzisiejsza bohaterka to na pewno Kennedy, a nie Barbie. Założyłam, że jednak Kennedy, a imię ma na pewno po ojcu. Ja rozumiem, że Ken i Barbie wiecznie młodzi, ale kiedyś przecież musieli mieć jakieś potomstwo!
Niezbadane są wyroki dziecięcych rąk i zębów. Lalkę wyciągnęłam z pomiędzy stosu pluszowych misiów, w spodniach należących z pewnością do którejś z My Scene, z włosami w niemal idealnym stanie i w kolczykach, a jak wiadomo biżuteria to rzecz niemal niespotykana w przypadku lalek z SH. Rzadsze są chyba tylko buty. Ale za to ma pogryzione dłonie, w lewej brakuje dwóch palców. Mimo wszystko cud-miód, żadnej łysiny, żadnych kołtunów, plam i makijażu dzierganego długopisem.
I oczywiście powalająca uroda :-)
Kennedy jest romantyczką i do twarzy jej w kwiatach.
- Drewnochron by się przydał!
- A gdyby tak boa z piór... i rosół...
- Lepszy lewy profil, czy prawy?
Od czasu do czasu tęsknie wypatruje, czy z lasu nie wyjeżdża książę na białym koniu.
A ponieważ księcia jakoś nie widać, marzy o przeprowadzce do miasta.
---
P.s. Trwają poszukiwania zaginionej bliźniaczki... W okolicy słychać tępy dźwięk walenia się w głowę.
poniedziałek, 9 lutego 2015
Zakochałam się
Zakochiwałam się stopniowo, nie w trzech na raz.
Za każdym razem było to uczucie zaskakujące, chociaż przed przynajmniej raz spodziewałam się uczucia. Lekkiego, może sympatii, może odrobinę fascynacji. A tu proszę, buch i mam. Trwam sobie w tym miłosnym stanie, patrzę z zachwytem, trochę wzdycham. Macam, gładzę, przeczesuję włosy.
Na zdjęcia nie mam czasu, a jak mam czas to nie mam światła. Tyle mojego, co mi telefon zrobi.
To nie jest więc sesja fotograficzna, a tylko portrety. Zdjęcia poglądowe.
W kolejności pojawiania się, będącej także kolejnością strzałów plastikowego amora :-)
Zelda. Ruda, zielonooka, piegowata. To w jej przypadku spodziewałam się zauroczenia, uwiodła mnie powłóczystym spojrzeniem.
Zdjęcia jako się rzekło z telefonu, obrobione tamże. Przy wysyłaniu mailem panny zostały z automatu przechrzczone na Żelaza Jako Nikki.
I to by było na tyle.
Za każdym razem było to uczucie zaskakujące, chociaż przed przynajmniej raz spodziewałam się uczucia. Lekkiego, może sympatii, może odrobinę fascynacji. A tu proszę, buch i mam. Trwam sobie w tym miłosnym stanie, patrzę z zachwytem, trochę wzdycham. Macam, gładzę, przeczesuję włosy.
Na zdjęcia nie mam czasu, a jak mam czas to nie mam światła. Tyle mojego, co mi telefon zrobi.
To nie jest więc sesja fotograficzna, a tylko portrety. Zdjęcia poglądowe.
W kolejności pojawiania się, będącej także kolejnością strzałów plastikowego amora :-)
Zelda. Ruda, zielonooka, piegowata. To w jej przypadku spodziewałam się zauroczenia, uwiodła mnie powłóczystym spojrzeniem.
Asha (nie wiem, dlaczego w pierwotnej wersji napisałam Nikki, myśląc Asha, podejrzewam, że to przez rozmyślanie, czyje ciałko może Asha pożyczyć). Rozczochraniec kupiony na aukcji, bo niedrogo, a ja nie mam ciemnoskórych lalek.
Coup de foudre, grom z jasnego nieba, oderwać się od niej nie mogę. Zastanawiam się, jak ją przemycić do pracy, żeby móc ciągle na nią patrzeć ;-)
JLo. Typowy efekt kompulsywnego chciejstwa, który uwiódł mnie natychmiast obłędnym uśmiechem. Ona jedyna jeszcze nie była macana, śpi bezpiecznie w pudełku. Do czasu...
Zdjęcia jako się rzekło z telefonu, obrobione tamże. Przy wysyłaniu mailem panny zostały z automatu przechrzczone na Żelaza Jako Nikki.
I to by było na tyle.
piątek, 23 stycznia 2015
Plotki o mojej śmierci były przesadzone
To było tylko zniknięcie. Z przyczyn różnych, letnio-jesiennych, służbowych, prywatnych, zdrowotnych, humorzastych, niepotrzebne skreślić, dowolne dopisać.
Ale jednak wróciłam. I nic nie mogę obiecać.
Dziękuję tym, którzy tu zaglądali, może pamiętając o mnie, a może szukając potwierdzenia, że mnie jednak szlag trafił :-)
Życie jak życie, toczyło się swoimi torami. Dziecko mi się zestarzało i zaczęło gimnazjum i II stopień muzycznej. Zdrowotnie mnie dupnęło już półtora roku temu, więc to żadna nowość, że trzyma - ale ja też jakoś się trzymam, więc tragedii nie ma. Finansowy dołek na przełomie roku próbował mnie dobić, ale też się nie dałam, a nawet jakoś wypłynęłam na powierzchnię.
Chyba nie jestem łatwa do zabicia :-)
Lalkowo też się działo, chociaż i tu zrobiłam sobie przerwę, z wielu względów. Ostatnio trochę przybyło, dołączyły dwie Monsterki - mało używana Robecca i całkiem nowa Howleen, której mieć nie planowałam, ale :-)
Udało mi się też, całkiem przypadkowo, trafić na allegro na ubranie dla lalki, która goła czekała w pudle na lepszy los. Nie liczyłam na to, że kiedykolwiek ją firmowo ubiorę, a tu proszę - spodnie, golf, czapka, plecak i buty. Na innej sierocie z luźną głową i z simbowym księciem u boku, o których może kiedyś.
Ale jednak wróciłam. I nic nie mogę obiecać.
Dziękuję tym, którzy tu zaglądali, może pamiętając o mnie, a może szukając potwierdzenia, że mnie jednak szlag trafił :-)
Życie jak życie, toczyło się swoimi torami. Dziecko mi się zestarzało i zaczęło gimnazjum i II stopień muzycznej. Zdrowotnie mnie dupnęło już półtora roku temu, więc to żadna nowość, że trzyma - ale ja też jakoś się trzymam, więc tragedii nie ma. Finansowy dołek na przełomie roku próbował mnie dobić, ale też się nie dałam, a nawet jakoś wypłynęłam na powierzchnię.
Chyba nie jestem łatwa do zabicia :-)
Lalkowo też się działo, chociaż i tu zrobiłam sobie przerwę, z wielu względów. Ostatnio trochę przybyło, dołączyły dwie Monsterki - mało używana Robecca i całkiem nowa Howleen, której mieć nie planowałam, ale :-)
Udało mi się też, całkiem przypadkowo, trafić na allegro na ubranie dla lalki, która goła czekała w pudle na lepszy los. Nie liczyłam na to, że kiedykolwiek ją firmowo ubiorę, a tu proszę - spodnie, golf, czapka, plecak i buty. Na innej sierocie z luźną głową i z simbowym księciem u boku, o których może kiedyś.
Czapkę musiałabym przybić pineską, więc wolałam ją schować do kieszeni. Po wyjściu z podwórka moja odpowiedzialność za fryzurę spada do zera. Tam rządzi wiatr.
To Cool Blue Barbie.
Edit: Lalka w wersji wypasionej, z pudełkiem i akcesoriami jest do obejrzenia i podziwiania u Natalii. Chyba muszę popracować nad grzywką :-)
wtorek, 10 czerwca 2014
K jak kamień
Ominęłam jedną literę (znowu). Tym razem powód głupi, ale prawdziwy - termin wypadał w dniu wyborów, nie mogłam się opędzić od myśli, że jedenaście to nr listy Samoobrony. Niedzielno-upalno-leniwy mózg, wyjałowiony przez kilkutygodniowe wciskanie mu przez oczy i uszy popisów przedwyborczej erudycji padł i odmówił współpracy.
Kamień to co innego. On przynajmniej nie zmienia poglądów.
Na kamieniu posadziłam anonimową pannę, która trafiła do mnie dzięki forum (dziękuję Joannie!). Urwana głowa dała się naprawić, chociaż jeszcze nie jest idealnie - idealnie byłoby zmienić ciałko, ale dziewczyna ma nieco nietypowy kolor.
Makijaż wyglądał na dość krzykliwy, ale już mi nie przeszkadza. Może wysubtelniała odzyskując głowę? ;)
Kamień to co innego. On przynajmniej nie zmienia poglądów.
Na kamieniu posadziłam anonimową pannę, która trafiła do mnie dzięki forum (dziękuję Joannie!). Urwana głowa dała się naprawić, chociaż jeszcze nie jest idealnie - idealnie byłoby zmienić ciałko, ale dziewczyna ma nieco nietypowy kolor.
Makijaż wyglądał na dość krzykliwy, ale już mi nie przeszkadza. Może wysubtelniała odzyskując głowę? ;)
poniedziałek, 12 maja 2014
Lalkowy alfabet - H jak huśtawka
Huśtawka. To miało być jedno z najoczywistszych i najprostszych zadań w całym lalkowym alfabecie. I jak zwykle w takich przypadkach bywa - nie wyszło.
Najpierw ze zdziwieniem zauważyłam, że już jestem spóźniona, chociaż dopiero czwartek (a mój niewielki rozumek zakodował sobie, że kolejne wpisy mają się pokazywać w weekendy). A potem, kiedy chciałam spóźnienie naprawić, okazało się, że przyroda nie współpracuje. I cały entuzjazm szlag trafił.
Za ciemno, za zimno, za mokro, na dodatek tak jakoś. Nijak. Pogoda taka, że spać albo się kłócić.
Tak oto zafundowałam Nikki huśtawkę nastrojów.
Najpierw ze zdziwieniem zauważyłam, że już jestem spóźniona, chociaż dopiero czwartek (a mój niewielki rozumek zakodował sobie, że kolejne wpisy mają się pokazywać w weekendy). A potem, kiedy chciałam spóźnienie naprawić, okazało się, że przyroda nie współpracuje. I cały entuzjazm szlag trafił.
Za ciemno, za zimno, za mokro, na dodatek tak jakoś. Nijak. Pogoda taka, że spać albo się kłócić.
Tak oto zafundowałam Nikki huśtawkę nastrojów.
niedziela, 27 kwietnia 2014
G jak grzywka - Lalkowy Alfabet 2014
Gardzę grzywką.
Dawno, dawno temu, kiedy byłam cichym dziewczęciem w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, rosły na mej głowie włosy jasne, cienkie i proste. Strzyżona byłam zwykle na pazia, z grzecznie podwiniętą nad brwiami grzywką. Wyjątkiem była tragiczna w skutkach radosna twórczość mojej mamy, która równając kosmyki doszła od pazia do zapałki; skutkowało to moją stanowczą odmową chodzenia do przedszkola w spodniach i znienawidzeniem na długie lata jakichkolwiek działań fryzjerskich.
Całkiem niespodziewanie, gdzieś w okolicy 13 urodzin, moje włosy zaszalały. Z ulizanych blond strączków ewoluowały w zdecydowanie ciemniejszą, pokręconą i trudną do poskromienia szopę. Dawało się to zapleść w warkocz, związać w kucyk, ewentualnie spiąć w gniazdo aspirujące do miana koka. Rozczesanie graniczyło z cudem (i do dzisiaj graniczy, chociaż z wiekiem nieco na głowie ubyło. I w głowie), obcięcie na krótko nie wchodziło w grę (patrz wyżej).
Mam wysokie czoło oraz ciocię w Gdańsku.
To jedna z tych cioć, których człowiek się raczej boi i wystarczy trochę się zagapić, żeby powiedzieć do niej "proszę pani", co oczywiście może skutkować turbulencjami przy rodzinnym stole.
Ciocia na szczęście nie odwiedzała nas często, ale zawsze, podczas każdej wizyty, każdą rozmowę ze mną i o mnie zaczynała i kończyła sakramentalnym: "powinnaś mieć grzywkę".
I to właściwie tyle w temacie.
Jedną z niewielu moich lalek z grzywką jest tajemnicza ruda. Kupiłam ją w SH chyba w połowie lat dziewięćdziesiątych i była pierwszą lalką z wmoldowanymi majtkami, jaka trafiła w moje ręce.
Majtki są różowe.
Panna wpadła niestety w ręce fryzjera-amatora, który jednak miał mniej zapału niż moja mama i wiedział kiedy się zatrzymać. Grzywka ocalała.
Lalka miała kiedyś pierścionek i kolczyki (chyba białe, sądząc po pozostałości w prawym uchu), ma też flokowaną potylicę, co mogłoby sugerować, że w czasach świetności miała dopinana treskę.
Niechże jej będzie Tereska :)
Dawno, dawno temu, kiedy byłam cichym dziewczęciem w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, rosły na mej głowie włosy jasne, cienkie i proste. Strzyżona byłam zwykle na pazia, z grzecznie podwiniętą nad brwiami grzywką. Wyjątkiem była tragiczna w skutkach radosna twórczość mojej mamy, która równając kosmyki doszła od pazia do zapałki; skutkowało to moją stanowczą odmową chodzenia do przedszkola w spodniach i znienawidzeniem na długie lata jakichkolwiek działań fryzjerskich.
Całkiem niespodziewanie, gdzieś w okolicy 13 urodzin, moje włosy zaszalały. Z ulizanych blond strączków ewoluowały w zdecydowanie ciemniejszą, pokręconą i trudną do poskromienia szopę. Dawało się to zapleść w warkocz, związać w kucyk, ewentualnie spiąć w gniazdo aspirujące do miana koka. Rozczesanie graniczyło z cudem (i do dzisiaj graniczy, chociaż z wiekiem nieco na głowie ubyło. I w głowie), obcięcie na krótko nie wchodziło w grę (patrz wyżej).
Mam wysokie czoło oraz ciocię w Gdańsku.
To jedna z tych cioć, których człowiek się raczej boi i wystarczy trochę się zagapić, żeby powiedzieć do niej "proszę pani", co oczywiście może skutkować turbulencjami przy rodzinnym stole.
Ciocia na szczęście nie odwiedzała nas często, ale zawsze, podczas każdej wizyty, każdą rozmowę ze mną i o mnie zaczynała i kończyła sakramentalnym: "powinnaś mieć grzywkę".
I to właściwie tyle w temacie.
Jedną z niewielu moich lalek z grzywką jest tajemnicza ruda. Kupiłam ją w SH chyba w połowie lat dziewięćdziesiątych i była pierwszą lalką z wmoldowanymi majtkami, jaka trafiła w moje ręce.
Majtki są różowe.
Panna wpadła niestety w ręce fryzjera-amatora, który jednak miał mniej zapału niż moja mama i wiedział kiedy się zatrzymać. Grzywka ocalała.
Lalka miała kiedyś pierścionek i kolczyki (chyba białe, sądząc po pozostałości w prawym uchu), ma też flokowaną potylicę, co mogłoby sugerować, że w czasach świetności miała dopinana treskę.
Niechże jej będzie Tereska :)
Post scriptum
Pogrzebałam trochę w internetach i odkryłam, że to najpewniej panna z serii Cut And Style. I - o ile dobrze rozumiem zdjęcie - krótka fryzurka może być oryginalna.
Obydwa zdjęcia pochodzą z aukcji na ebay.
piątek, 25 kwietnia 2014
dwa kąty
Własne cztery kąty - odwieczne marzenie ludu pracującego miast i wsi. Lalki mają pod tym względem jeszcze gorzej, bo cztery kąty w ich przypadku to na ogół szczelnie zamknięte pudło. Na kąty mieszkalne mogą liczyć rzadko, na dodatek najczęściej te kąty są tylko dwa.
Ale lepsze to niż nic, prawda?
Czy ktoś ze zgromadzonych pamięta, że mój późny powrót do zabaw lalkami wziął się z zachwytu nad domkami w skali 1:12? Zachwyt pozostał do dzisiaj, a w najciemniejszym zakamarku mojego jestestwa drzemie marzenie o takim domku. Który gdzieś, kiedyś na pewno...
Dwa kąty. W nieco większej skali i jako wprawka. Niedokończone i prowizoryczne, więc najprawdopodobniej bardzo długowieczne.
W roli modelek jeden świeży (bezimienny) nabytek i pokazywana już na blogu Kaja. Po kilku miesiącach znajomości uznałam, że jej buzia podoba mi się na tyle, że zasługuje na ruchome ciałko. To był mój pierwszy przeszczep :)
Nowa panna doprowadzała mnie do rozpaczy przewracając się co chwila, więc ustawiłam ją tak, żeby przewrócić się nie mogła. A wydawało mi się, że przyjechała do mnie z porządnego domu!
Moje dwa kąty może nie powalają kunsztem, ale mają kilka zalet. Niemal zerowy koszt, swobodny dostęp do materiałów, no i oczywiście to, że jam-ci je sama wykonała :D
Zielony fotel powstał wg pomysłu z Planety Parczun, a lampkę pożyczyłam od syna. Niestety muszę ją oddać, pilnuje.
Ale lepsze to niż nic, prawda?
Czy ktoś ze zgromadzonych pamięta, że mój późny powrót do zabaw lalkami wziął się z zachwytu nad domkami w skali 1:12? Zachwyt pozostał do dzisiaj, a w najciemniejszym zakamarku mojego jestestwa drzemie marzenie o takim domku. Który gdzieś, kiedyś na pewno...
Dwa kąty. W nieco większej skali i jako wprawka. Niedokończone i prowizoryczne, więc najprawdopodobniej bardzo długowieczne.
W roli modelek jeden świeży (bezimienny) nabytek i pokazywana już na blogu Kaja. Po kilku miesiącach znajomości uznałam, że jej buzia podoba mi się na tyle, że zasługuje na ruchome ciałko. To był mój pierwszy przeszczep :)
Nowa panna doprowadzała mnie do rozpaczy przewracając się co chwila, więc ustawiłam ją tak, żeby przewrócić się nie mogła. A wydawało mi się, że przyjechała do mnie z porządnego domu!
Moje dwa kąty może nie powalają kunsztem, ale mają kilka zalet. Niemal zerowy koszt, swobodny dostęp do materiałów, no i oczywiście to, że jam-ci je sama wykonała :D
Zielony fotel powstał wg pomysłu z Planety Parczun, a lampkę pożyczyłam od syna. Niestety muszę ją oddać, pilnuje.
niedziela, 13 kwietnia 2014
frywolne F
Kolejny odcinek potyczek z alfabetem.
Falbanka, w przeciwieństwie do swojej starszej siostry, falbany, nadaje lekkości. Jest beztroska i niepoważna. Trochę jak wiosna.
Forsycja podobnie jak errata, jako hasło dodatkowe... :)
Falbanka, w przeciwieństwie do swojej starszej siostry, falbany, nadaje lekkości. Jest beztroska i niepoważna. Trochę jak wiosna.
Forsycja podobnie jak errata, jako hasło dodatkowe... :)
Przy okazji zaliczyłam F jak falstart, za co ewentualnych zdezorientowanych przepraszam :)
sobota, 5 kwietnia 2014
E jak...
Wiem, wiem, pominęłam dwie literki. Możecie wierzyć lub nie, ale z braku cekinów i... dywanów. Jedyne jakie można znaleźć w moim domu, to dywaniki, na których śpią psy. Mało fotogeniczne :D
Encyklopedie uwielbiałam od kiedy pamiętam. Moją ulubioną była jednotomowa, wydana na cieniutkim, śnieżnobiałym, "biblijnym" papierze. W czasach, kiedy przeciętna książka była drukowana na papierze zbliżonym jakością do toaletowego (i nie o współczesny papier toaletowy mi chodzi), ta najpiękniejsza encyklopedia świata wydawała mi się absolutnym cudem. Już samo wertowanie było ogromną przyjemnością.
Tak, czasami też czytałam co w niej napisano ;)
Niestety, żadna z encyklopedii mojego dzieciństwa nie stoi już na półce. Padły ofiarą złodzieja. Taki nam się trafił głodny wiedzy przestępca...
W czasach nieco bardziej współczesnych stałam się szczęśliwą posiadaczką 30-tomowej wielkiej encyklopedii PWN.
Lalki miały w czym buszować.
Ale rzecz jasna zainteresowane były głównie tym, co encyklopedia ma do powiedzenia na ich temat.
Okazało się, że istnieje tylko hasło "Lalka teatralna". No cóż, nawet naukowcy wolą celebrytki.
I jeszcze jedno hasło na E. Związane nierozerwalnie z encyklopedią ;)
Encyklopedie uwielbiałam od kiedy pamiętam. Moją ulubioną była jednotomowa, wydana na cieniutkim, śnieżnobiałym, "biblijnym" papierze. W czasach, kiedy przeciętna książka była drukowana na papierze zbliżonym jakością do toaletowego (i nie o współczesny papier toaletowy mi chodzi), ta najpiękniejsza encyklopedia świata wydawała mi się absolutnym cudem. Już samo wertowanie było ogromną przyjemnością.
Tak, czasami też czytałam co w niej napisano ;)
Niestety, żadna z encyklopedii mojego dzieciństwa nie stoi już na półce. Padły ofiarą złodzieja. Taki nam się trafił głodny wiedzy przestępca...
W czasach nieco bardziej współczesnych stałam się szczęśliwą posiadaczką 30-tomowej wielkiej encyklopedii PWN.
Lalki miały w czym buszować.
Ale rzecz jasna zainteresowane były głównie tym, co encyklopedia ma do powiedzenia na ich temat.
Okazało się, że istnieje tylko hasło "Lalka teatralna". No cóż, nawet naukowcy wolą celebrytki.
I jeszcze jedno hasło na E. Związane nierozerwalnie z encyklopedią ;)
niedziela, 23 lutego 2014
BA, czyli lalkowy alfabet
Chciałam wziąć udział w zabawie od pierwszej litery, ale zapadłam w sen zimowy i nie zdążyłam z agrafką. Miałam pomysł, miałam lalkę, zrobiłam nawet kilka zdjęć... a potem zabrakło mi rozpędu na zrobienie wpisu.
Dopiero prawdziwie wiosenne słońce zmobilizowało mnie do wzięcia do ręki aparatu...
Proszę państwa, oto balon:
A jako post scriputm rzeczona agrafka:
----------------
W sesji udział wzięli: klonik Ddung, Nikki oraz balon. Różowy.
Błękitne niebo i chmurki gratis :)
Dopiero prawdziwie wiosenne słońce zmobilizowało mnie do wzięcia do ręki aparatu...
Proszę państwa, oto balon:
A jako post scriputm rzeczona agrafka:
----------------
W sesji udział wzięli: klonik Ddung, Nikki oraz balon. Różowy.
Błękitne niebo i chmurki gratis :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

