Mnie na szczęście kupowanie drogich lalek nie grozi, więc ewentualne rozczarowania to koszt góra kilkunastu złotych ;)
Ta lalka trafiła do mnie przypadkiem kilka lat temu, dorzucona przez sprzedającą do Sindy i kilku drobiazgów. Wyjęłam ją z paczki i zdębiałam - niewielkie było wtedy moje pojęcie o lalkach (czyli tylko nieco mniejsze niż dzisiaj...), ale takiego paskudztwa nie widziałam jeszcze nigdy. Za duża głowa, nasadzona za mocno na szyję, przerysowany makijaż, karykaturalnie krótki tułów i wielkie stopy, a do tego glizdowate ręce i nogi, wyginające się w każdą stronę (chociaż w żadnej pozycji nie pozostające zbyt długo).
Paskuda taka, że aż żal patrzeć, pomyślałam. I poczułam nawet cień sympatii do lalkowego nieszczęścia.
Mijały lata... ;)
Lalka spędzała ten czas w pudle z innymi, bardziej urodziwymi koleżankami, cały czas mając nadzieję, że może i ją ktoś pokocha.
Aż pewnego dnia dowiedziała się, że gdzieś tam, za górami, za lasami, ma... rodzinę!
Pomyślała więc, że może to dla niej szansa? Może...?
Wypadła z pudła, skoczyła do łazienki na odświeżającą kąpiel i poleciała w plener.
Lansować się, a jakże ;)
Jak widać nie obyło się bez obowiązkowego dziubka ;)
A dlaczego Kopciuszek?...
Przykra sprawa... Nie wiem, co ona wyczyniała w pudle, w którym leżała, ale zgubiła jeden pantofelek. Poszukiwania trwają.