Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lalka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lalka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 września 2016

Elza

A kuku ;-)



"Wyjdę i za ciasne drzwi...", śpiewała przy ognisku moja trzyletnia siostrzenica. A ja dzisiaj ustrzeliłam w second handzie taką właśnie pannę. Mam nadzieję, że Rozalka się ucieszy :-)

czwartek, 28 maja 2015

Słoneczna Sol


Zazwyczaj nie nadaję lalkom imion. W każdym razie nie wszystkim. Najczęściej jakieś imię tworzy się podczas zapisywania obrobionych już zdjęć, dla ułatwienia.
I potem takie imię zostaje, oczywiście pod warunkiem, że nie zapomnę.
Tym razem pomyślałam o Sol. Był już wczesny wieczór kiedy wyszłam zrobić zdjęcia, słońce świeciło z zachodu (chociaż ten zachód z dnia na dzień coraz bliżej północy, w czerwcu niemal całą noc będzie jasno), było cicho i ciepło. Słonecznie.


Płaskostopych lalek mam niewiele, może dlatego je lubię? W plażowych lalkach Mattela lubię kształt i wielkość stóp, podoba mi się to, że mają wyraźnie zaznaczone palce i paznokcie. I kostki, o których zwykła Barbie może pomarzyć.

Tę płaskostopą lubię podwójnie, bo jest kolejną ciemnoskórą panną w moich - rozrastających się bez umiaru - zbiorach.


Poza tradycyjnym kołtunem, brakiem kolczyków i lekko startym lakierem na paznokciach, żadnych poważnych defektów nie stwierdziłam. Udało mi się nawet rozczesać jej włosy bez zniszczenia loków (karbowania?). Ciekawe, że lalka makijażem nie różni się od mojej pierwszej Christie, na pajacykowym ciałku. Byłam nawet trochę rozczarowana, bo liczyłam na jakieś różnice.


***

Co tam u kur, ktoś zapyta?
A dziękuję, pasają się.


środa, 20 maja 2015

Kenya w maju


Na fali rosnącego uczucia do ciemnoskórych lalek postanowiłam zafundować sobie zupełnie mi nieznaną, wyglądającą na klonika pannę. Odebrałam ją dzisiaj w drodze z pracy i zrobiłam na szybko kilka zdjęć telefonem, co widać. Ale za to zdążyłam przed majową ulewą.

Dziewczyna oczywiście nie jest Murzynką, ale jej to wybaczam. Ubranko, które ma na sobie, jest uszyte przyzwoicie, do tego są całkiem niezłe buty. Ma artykułowane ciałko z biustem wyraźnie większym od Barbie i jej koleżanek, włosy długie, kręcone i bardzo miłe w dotyku.
Na pudełku nie było żadnych firmowych oznaczeń, poza tradycyjnym Made in China, zresztą całkiem niepotrzebnie ;-) Ale za to na plecach lalki znalazłam napis Kenya's World.
A to zaprowadziło mnie TU.


Zadowolona ze śledztwa pomyślałam, że chyba już ją gdzieś widziałam... i oczywiście miałam rację. Pokazywała ją Misia i Only NM.
A to oznacza, że pamięć mam słabą, ale czasem jeszcze daje radę. Zrywami.

Gdybym umiała, przemalowałabym lalce usta na większe i mniej różowe. Teraz wygląda jakby miała nałożoną grubą warstwę kremu Nivea. Jednak najbardziej przeszkadza mi to, że głowy jej nie zmniejszę, a szkoda, bo ma ją zdecydowanie za dużą w stosunku do reszty mojego czekoladowego towarzystwa.



Mimo wszystko bardzo przyjemna lalka :-)


niedziela, 17 maja 2015

Panna Apple i panna Blum

Powinnam właściwie zacząć tak jak ostatnio - tydzień temu...
Tydzień temu miałam urodziny. Miłosiernie pominę informację, które :-) Tortu i świeczek nie było, ale za to w ramach prezentu przyjechała do mnie ona.


Tak, to żałosne, bo piszę tak niemal przy każdej lalce, ale nie mam pojęcia kto to jest. Prawdę mówiąc ta wiedza nie jest mi do niczego potrzebna, poza zaspokojeniem zwykłej ciekawości, jak panna wyglądała w swoim oryginalnym ubranku, w stanie jeszcze nietkniętym. Wiem tylko, że jest piękna. I że zaspokoiła mój rosnący apetyt na ciemnoskóre lalki, przynajmniej na razie.

Dzięki MajorMistakes już wiem, że to Florida Christie, dziękuję :-)

Natychmiast zaprzyjaźniła się ze swoją - również anonimową - koleżanką. Przyznacie, że wyglądają razem zachwycająco :-)





Podobają mi się do wypęku. Albo i bardziej.
Panna w bluzeczce Hello Kitty miała kiedyś skrzydła, po których zostały dwa otwory w plecach, brakuje jej też pierścionka. Obydwie mają piękne, gęste włosy, o których mogą pomarzyć dzisiejsze córy Mattela, niestety, obydwie wpadły w ręce fryzjerek - jedna miała wygryzioną grzywkę i fantazyjny kołtun, nad którym udało mi się zapanować bez wyrywania kudłów, druga ma włosy skrócone przez proste udydanie kucyka. Z tym da się coś zrobić wrzątkiem i nożyczkami, ale póki co zachwycam się i nie mam czasu na nic innego.



Na niektórych zdjęciach doskonale widać, jaka była dzisiaj pogoda - w słońcu ponad 20 stopni, w cieniu ponad 10. Do tego lodowaty wiatr i od czasu do czasu kilka kropli deszczu.
Potrzebne mi betonowe stojaki dla lalek.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Kennedy, córka Kena

Nie, to nie będzie saga. Chciałabym, pewnie, ale znam siebie, swoje możliwości i swoje lenistwo - nie da się.
Zresztą nawet nie wiem, czy dzisiejsza bohaterka to na pewno Kennedy, a nie Barbie. Założyłam, że jednak Kennedy, a imię ma na pewno po ojcu. Ja rozumiem, że Ken i Barbie wiecznie młodzi, ale kiedyś przecież musieli mieć jakieś potomstwo!



Niezbadane są wyroki dziecięcych rąk i zębów. Lalkę wyciągnęłam z pomiędzy stosu pluszowych misiów, w spodniach należących z pewnością do którejś z My Scene, z włosami w niemal idealnym stanie i w kolczykach, a jak wiadomo biżuteria to rzecz niemal niespotykana w przypadku lalek z SH. Rzadsze są chyba tylko buty. Ale za to ma pogryzione dłonie, w lewej brakuje dwóch palców. Mimo wszystko cud-miód, żadnej łysiny, żadnych kołtunów, plam i makijażu dzierganego długopisem.
I oczywiście powalająca uroda :-)

Kennedy jest romantyczką i do twarzy jej w kwiatach.



Jednak czasami zajmują ją sprawy całkiem przyziemne.


- Drewnochron by się przydał!


- A gdyby tak boa z piór... i rosół...



- Lepszy lewy profil, czy prawy?

Od czasu do czasu tęsknie wypatruje, czy z lasu nie wyjeżdża książę na białym koniu.


A ponieważ księcia jakoś nie widać, marzy o przeprowadzce do miasta.


Jak widać na ilustracjach, wiosna na Warmii nabiera śmiałości. A jutro zakwitną śliwy :-)
---
P.s. Trwają poszukiwania zaginionej bliźniaczki... W okolicy słychać tępy dźwięk walenia się w głowę.

sobota, 18 kwietnia 2015

Warmińska wiosna

W poprzednim życiu mój mąż jeździł na przełomie lutego i marca w okolice Zielonej Góry. Wracał po czterech dniach, patrzył na leżący wokół mniej lub bardziej obficie śnieg i mówił melancholijnie: "A tam już kwitną forsycje...".
Tak właśnie jest, uczyli nas nawet o tym na geografii, w tej złej, peerelowskiej szkole. Okres wegetacji mamy krótszy o jakieś 4-6 tygodni. Miesiąc i jeszcze trochę.
I sorry, póki śnieg - jak dzisiaj - pada w połowie kwietnia, nie wierzę w ocieplenie klimatu. A jeśli wierzę, to nawet trochę go pożądam. Wiosna byłaby dłuższa...

Na wiosenny spacer zabrałam dzisiaj maleństwo kupione w Kauflandzie. Według napisu na pudełku ma na imię Paula, według mnie (chociaż nie wszystkim lalkom nadaję imiona) - Lisa, bo kojarzy mi się z dziećmi z Bullerbyn. Może przez słomkowy blond na głowie, może przez błękit oczu, a może przez wiosenno-polarne ubranko?

Lisa wybrała się na poszukiwanie warmińskiej wiosny. Nie znalazła śniegu, a to już coś :-)
Znalazła za to kwiatki...


Pączki na jabłonce...


Trawę... chyba już tegoroczną...


Gałązkę kwitnącej brzozy (z pozdrowieniami dla alergików)...


Nie spotkała za to bociana, który ewakuował się chwilę wcześniej. Ku wielkiemu zadowoleniu okolicznych żab i ślimaków.


Laleczka była nieco droższa od lizaków (3,49? 3,75?), więc nic dziwnego, że wcześniej nie udało mi się na nią trafić - podejrzewam, że jej siostry znikają natychmiast po wyłożeniu na półki.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Wesołego jajka :-)

Dzisiaj zaliczyliśmy chyba wszystkie pory roku. Rano była zima - psy wróciły ze spaceru pięknie ozdobione śniegiem. Potem była krótka wiosna, mgnienie lata, a potem na zmianę - jesień, zima, wiosna, jesień, zima...
Kiedy wracaliśmy wieczorem do domu, bocian nadal stał w gnieździe, więc może to jednak wiosna?
Może...

Wszystkim pięknej wiosny życzę :-)



poniedziałek, 9 lutego 2015

Zakochałam się

Zakochiwałam się stopniowo, nie w trzech na raz.
Za każdym razem było to uczucie zaskakujące, chociaż przed przynajmniej raz spodziewałam się uczucia. Lekkiego, może sympatii, może odrobinę fascynacji. A tu proszę, buch i mam. Trwam sobie w tym miłosnym stanie, patrzę z zachwytem, trochę wzdycham. Macam, gładzę, przeczesuję włosy.

Na zdjęcia nie mam czasu, a jak mam czas to nie mam światła. Tyle mojego, co mi telefon zrobi.
To nie jest więc sesja fotograficzna, a tylko portrety. Zdjęcia poglądowe.
W kolejności pojawiania się, będącej także kolejnością strzałów plastikowego amora :-)

Zelda. Ruda, zielonooka, piegowata. To w jej przypadku spodziewałam się zauroczenia, uwiodła mnie powłóczystym spojrzeniem.



Asha (nie wiem, dlaczego w pierwotnej wersji napisałam Nikki, myśląc Asha, podejrzewam, że to przez rozmyślanie, czyje ciałko może Asha pożyczyć). Rozczochraniec kupiony na aukcji, bo niedrogo, a ja nie mam ciemnoskórych lalek.
Coup de foudre, grom z jasnego nieba, oderwać się od niej nie mogę. Zastanawiam się, jak ją przemycić do pracy, żeby móc ciągle na nią patrzeć ;-)


JLo. Typowy efekt kompulsywnego chciejstwa, który uwiódł mnie natychmiast obłędnym uśmiechem. Ona jedyna jeszcze nie była macana, śpi bezpiecznie w pudełku. Do czasu...


Zdjęcia jako się rzekło z telefonu, obrobione tamże. Przy wysyłaniu mailem panny zostały z automatu przechrzczone na Żelaza Jako Nikki.
I to by było na tyle.

piątek, 23 stycznia 2015

Plotki o mojej śmierci były przesadzone

To było tylko zniknięcie. Z przyczyn różnych, letnio-jesiennych, służbowych, prywatnych, zdrowotnych, humorzastych, niepotrzebne skreślić, dowolne dopisać.
Ale jednak wróciłam. I nic nie mogę obiecać.

Dziękuję tym, którzy tu zaglądali, może pamiętając o mnie, a może szukając potwierdzenia, że mnie jednak szlag trafił :-)

Życie jak życie, toczyło się swoimi torami. Dziecko mi się zestarzało i zaczęło gimnazjum i II stopień muzycznej. Zdrowotnie mnie dupnęło już półtora roku temu, więc to żadna nowość, że trzyma - ale ja też jakoś się trzymam, więc tragedii nie ma. Finansowy dołek na przełomie roku próbował mnie dobić, ale też się nie dałam, a nawet jakoś wypłynęłam na powierzchnię.
Chyba nie jestem łatwa do zabicia :-)


Lalkowo też się działo, chociaż i tu zrobiłam sobie przerwę, z wielu względów. Ostatnio trochę przybyło, dołączyły dwie Monsterki - mało używana Robecca i całkiem nowa Howleen, której mieć nie planowałam, ale :-)

Udało mi się też, całkiem przypadkowo, trafić na allegro na ubranie dla lalki, która goła czekała w pudle na lepszy los. Nie liczyłam na to, że kiedykolwiek ją firmowo ubiorę, a tu proszę - spodnie, golf, czapka, plecak i buty. Na innej sierocie z luźną głową i z simbowym księciem u boku, o których może kiedyś.



Czapkę musiałabym przybić pineską, więc wolałam ją schować do kieszeni. Po wyjściu z podwórka moja odpowiedzialność za fryzurę spada do zera. Tam rządzi wiatr.




To Cool Blue Barbie.

Edit: Lalka w wersji wypasionej, z pudełkiem i akcesoriami jest do obejrzenia i podziwiania u Natalii. Chyba muszę popracować nad grzywką :-)

poniedziałek, 12 maja 2014

Lalkowy alfabet - H jak huśtawka

Huśtawka. To miało być jedno z najoczywistszych i najprostszych zadań w całym lalkowym alfabecie. I jak zwykle w takich przypadkach bywa - nie wyszło.
Najpierw ze zdziwieniem zauważyłam, że już jestem spóźniona, chociaż dopiero czwartek (a mój niewielki rozumek zakodował sobie, że kolejne wpisy mają się pokazywać w weekendy). A potem, kiedy chciałam spóźnienie naprawić, okazało się, że przyroda nie współpracuje. I cały entuzjazm szlag trafił.
Za ciemno, za zimno, za mokro, na dodatek tak jakoś. Nijak. Pogoda taka, że spać albo się kłócić.


Tak oto zafundowałam Nikki huśtawkę nastrojów.




niedziela, 4 maja 2014

Frauenburg czyli Castrum Dominae Nostrae


 Plany odwiedzenia Fromborka mieliśmy od dawna. Mężczyzna Domowy, który zaledwie trzy lata temu przestał być mieszkańcem Wrocławia, nigdy we Fromborku nie był. Ja byłam, owszem, w średniej szkole z wycieczką klasową, a więc w czasach raczej prehistorycznych (chociaż Kopernik już tam nie mieszkał).
Z tamtej wycieczki zapamiętałam właściwie tylko jedno - moje koleżanki pytające spotkaną na ulicy fromborczankę "gdzie tu jest centrum" i jej zdumienie, kiedy rozglądając się bezradnie odpowiedziała: "Wszędzie...". Niespełna trzynastoletni Młody pojechałby niemal wszędzie, skuszony pizzą w Ornecie w drodze powrotnej.
Właściwie mieliśmy tam pojechać do Fromborka jeszcze w sierpniu, ale dziwnym trafem wylądowaliśmy w Stegnie. (link)
Korzystając z długiego weekendu, a przede wszystkim z tego, że było bardzo ładnie, ale zimno, a ja zdecydowanie wolę piesze wędrówki w niższych temperaturach, wybraliśmy się tam wczoraj.
Do Fromborka, a nawet do jego centrum.

Jechało się fenomenalnie, po drodze minęło nas zaledwie kilka samochodów, a świat za oknem wyglądał przepięknie.
Niestety kilka osób też wpadło na pomysł odwiedzenia miasta Kopernika, więc na dziedzińcu zamku przeciskaliśmy się między wycieczkami, ale i tak było wspaniale.
Również niestety nie opanowałam jeszcze latania z lalką i aparatem w tłumie (i nie wiem, czy kiedykolwiek opanuję). Ale mimo to udało się zrobić trzy zdjęcia. Każde innym aparatem :)
Modelką jest bliżej niezidentyfikowana Tereska.
 



Pora wrócić do starych lektur :)


Miasto było okupowane przez turystów i stada Koperników.


Przed nami jeszcze wyprawa do Pieniężna i Braniewa, a w drodze powrotnej obowiązkowo (i tradycyjnie) pizza w Ornecie, którą polecam.
Potem zaczniemy jeździć w innym kierunku :)